niedziela, 5 lutego 2017

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

UWAGA! W NAJBLIŻSZYM CZASIE UZUPEŁNIĘ POST O ZDJĘCIA I CYTATY



Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Autor: J.K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne
Narracja: Brak.
Ilość Stron: 354


Opis: Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem.  Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.


Opinia: Jest to książka, która mało komu się spodobała, choć zdarzają się wyjątki, a ja jestem jednym z nich.  "Harry Potter i Przeklęte Dziecko" bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie byłam za dobrze nastawiona do tej książki, ponieważ odnosiłam wrażenie, że powstała tylko i wyłącznie dla pieniędzy i nie będzie tak dobra jak reszta książek o słynnym czarodzieju. Szczerze mówiąc myślę, że jest tak samo dobra, a nawet pod niektórymi względami lepsza, choć oczywiście miewa też słabsze momenty. We wszystkich pierwotnych częściach występował podobny schemat: Dojazd do szkoły, życie szkolne z pojedynczymi incydentami związanymi z Voldemortem, a na koniec wielkie spotkanie z Czarnym Panem. Tym razem jednak jest zupełnie inaczej, bo i głównym bohaterem nie jest Harry Potter, a jego syn. Początek może pasować do wcześniejszego schematu, ale potem podobieństwa się kończą. Między innymi dzięki świetnemu pomysłowi na użycie zmieniacza czasu. Dzięki temu możemy zobaczyć alternatywne teraźniejszości i spotkać bohaterów, których ponownego pojawienia się nie spodziewaliśmy.
Kolejnym plusem tej książki są główni bohaterowie - Albus i Scorpius. Pierwszy z nich jako syn Harry'ego ma naprawdę trudną sytuację, kiedy tiara przydziału stwierdza, że najlepszym dla niego domem będzie Slytherin. Ma jednak szczęście i spotyka Scorpiusa - syna Dracona Malfoya. Od samego początku dobrze się dogadują, a dowodem na to są ich rozmowy przypominające nieco dialogi pomiędzy Ronem i Harrym. Na szczęście jednak nie są drugimi wersjami naszych starych znajomych, a zupełnie nowymi postaciami.
Pomimo plusów można znaleźć tu też kilka rzeczy, które strasznie mi zgrzytały, kiedy czytałam tę książkę. Jest to między innymi to jak szybko Harry i Hermiona znaleźli się na tak wysokich stanowiskach w ministerstwie. Ja rozumiem, że są bohaterami, ale nie sądzę by dzięki temu mogli w tak ekspresowym tempie zajść tak daleko.
Możecie uznać, że się czepiam i nie mam zamiaru się pod tym względem z wami kłócić, ale chyba każdy się zgodzi, że w tej książce znalazło się też kilka elementów, które były o wiele bardziej bezsensowne. Na przykład wątek tytułowego przeklętego dziecka, który do bólu przypominał mi tysiąc pięćset opek osadzonych w świecie wymyślonym przez panią J.K. Rowling.
Jeśli już jesteśmy przy autorach, to bardzo podoba mi się styl pisania książki i fakt, że czyta się ją bardzo szybko. Dodatkowym plusem jest też fakt, że zdecydowano się na zapisanie tej historii w formie dramatu, co pokazuje też, że nie powinno się jej brać pod uwagę jako ósmą część serii.
Podsumowując: Nie miałam za dużych wymagań co do tej książki i właściwie bardzo się z tego powodu cieszę. Traktowałam tę historię jako rodzaj fan fiction, a nie kolejną część i polecam podejść do niej w podobny sposób wszystkim tym, którzy jakimś cudem jeszcze jej nie przeczytali.
Postanowiłam zmienić trochę skalę, więc zapewne zobaczycie, że we wcześniejszych postach zupełnie zmieniła się ocena. Mam nadzieję, że tak będzie lepiej.

8/10

sobota, 4 lutego 2017

Upadające Królestwa



Tytuł: Falling Kingsdoms. Upadające Królestwa

Autor: Morgan Rhodes

Ilość części: Stany - 5 Polska -1

Narracja: Trzecioosobowa

Film: Nie ma

Opis z okładki:
Nadchodzi czas wojny... zdecyduj po czyjej staniesz stronie.
W Mytice wojen nie było od stuleci, a o magii opowiada się tylko w bajkach i legendach. Teraz jednak wszystko się zmieni. By zrealizować plany podboju sąsiednich królestw, władcy zmieniają życie swych poddanych w piekło. W świecie intryg, zdrad,  potajemnych sojuszy i niespodziewanej miłości, splatają się losy czwórki młodych bohaterów.
Księżniczka: wychowywana w luksusie i chroniona przed światem Cleo wyrusza w niebezpieczną podroż na terytorium wroga, w poszukiwaniu magii, która podobno już dawno wygasła.
Buntownik: Jonas występuje przeciwko tym, którzy bezlitośnie ciemiężą jego zubożały kraj. Niespodziewanie dla samego siebie, staje na czele pierwszego od stuleci powstania.
Czarodziejka: Lucia, tuż po urodzeniu adoptowana przez rodzinę królewską, odkrywa prawdę 
o swojej przeszłości – o nadprzyrodzonym dziedzictwie i swoim przeznaczeniu.
Następca tronu: wychowany na bezwzględnego przywódcę i zdobywcę Magnus, pierworodny syn króla, uświadamia sobie, że serce może być bardziej zabójczym orężem niż miecz...
Pewne jest tylko to, że królestwa upadną... Kto zatriumfuje, gdy wszystko, co znano do tej pory, się skończy? Co zrobią Obserwatorzy, pilnie śledzący poczynania ludzi i mający nadzieję na odnalezienie dawno zaginionych klejnotów o wielkiej mocy, które ożywią magię na Mytice i przywrócą tym ziemiom szczęście?

Moja ocena:
Na początku przeraziło mnie kilka pierwszych stron. Mamy tam spis postaci z trzech królestw i Obserwatorium. Moja pierwsza reakcja to "Are you kiddin' me? Ja mam to zapamiętać?". Okazało się, że niepotrzebnie się bałam.
Bardzo szybko ogarnęłam kto jest kim. Chociaż przyznam szczerze, na początku co chwila wracałam do ściągi, żeby wiedzieć o kim ja w ogóle czytam.
Od samego początku Morgan Rhodes pokazuje, że ta książka nie jest dla tych os9b, które nie lubią czytać o krwi i morderstwach. Przedstawia nam siostry - Janę i Sabrinę - będące czarownicami. Poszukują one dziecka przepowiedzianego z gwiazd - małej, czarnowłosej dziewczynki, która kiedyś będzie najpotężniejszą wśród czarownic. Odnajdują niemowlę, w którym Jana od razu się zakochuje. Niestety nie cieszy się tym uczuciem długo - Sabrina ma inne plany. Zabija swoją siostrę i zanosi Lucie do pałacu, gdzie oddaje ją pod opiekę rodzinie królewskiej.
Od razu po przeczytaniu "Upadających Królestw" zaczęłam szukać drugiego tomu tej wspaniałej książki. Niestety, ma dopiero wyjść w maju. Postanowiłam, że sprawdzę czy jest już w wersji angielskiej. Oczywiście, że jest. Ba, jest nawet już piąta część. Piąta! Nawet nie wiecie jaki miałam bulwers kiedy się dowiedziałam.
Książka jest świetna. Może i jest nieco przewidywalna, ale naprawdę bardzo polecam szczególnie fanom fantasy. Szybko się czyta, nie ma czasu na nudę, a w dodatku historia jest opisana z kilku perspektyw, co ja osobiście uwielbiam.

7/10

Odstawiam na razie Johna Flanagana, który powróci za około trzy notki i serwuję wam "Upadające Królestwa". Jak wrażenia? Piszcie w komentarzach!
Pozdrawiam
Kot

Drużyna



Tytuł: Drużyna. Tom 1. Wyrzutki.

Autor: John Flanagan

Ilość części: 6

Narracja: Trzecioosobowa

Film: Nie ma

Opis z okładki: 
W Skandii ludzie znają tylko jeden sposób na to, by młody mężczyzna stał się wojownikiem. Nastoletni chłopcy są dzieleni na grupy i wysyłani na trzymiesięczną wyprawę. Uczą się żeglarstwa, walki, taktyki, sztuki przetrwania... Drużyna przeciwko drużynie, wyzwanie za wyzwaniem. Tylko jedna grupa odniesie zwycięstwo.
Hal Mikkelson, syn uznanego skandyjskiego wojownika i aralueńskiej matki, musi bardzo się postarać, by udowodnić swą wartość. Nie odziedziczył po ojcu potężnej postury i imponującej siły mięśni. Na tle współziomków wydaje się słaby, mały, niewart złamanego miedziaka... Kiedy Hal staje na czele jednej z drużyn złożonych z jemu podobnych, wyrzutków i odszczepieńców, wie, że walka o zwycięstwo będzie trudna. Zmierzy się z kwiatem skandyjskiej młodzieży, mając po swojej stronie tylko spryt, inteligencję, hart ducha oraz przyjaciół.

Moja ocena:
Szczerze mówiąc, kiedy sięgałam po "Drużynę", byłam pewna, że mi się nie spodoba. Ja wiem, to straszna zbrodnia, ale zniechęcała mnie okładka. Naprawdę. O ile "Zwiadowcy" mieli tajemniczą, na której nie było widać twarzy postaci (mówię tu o miękkim wydaniu), o tyle okładka "Drużyny" ukazuje stojących prawie na baczność nastolatków, którzy w książce ani troche nie są sztuczni. Masakra. Według mnie wygląda to trochę tak jakby Hal i Stig byli na jakimś portrecie, niczym lordowie.
Ale dość o tym. Przejdźmy do samej treści, w końcu jest najważniejsza, prawda?
Heh, w sumie nie wiem co tu napisać. Uwielbiam styl Flanagana. Jego sposób pisania dialogów i opisy walk. Myślę, że nawet jego lista zakupów zrobiłaby na mnie wrażenie. Serio. 
W sumie bardzo się zdziwiłam, kiedy zrozumiałam, że "Zwiadowcy" i "Drużyna" to książki dla dzieci. Są naprawdę cudowne i nadal nie mogę znieść myśli, że odkryłam je dopiero w pierwszej klasie gimnazjum.


8/10


No więc jest moja druga recenzja. Yay.
Przepraszam, że tak krótko następnym razem będzie lepiej. Obiecuję!
Pozdrawiam i zapraszam do wyrażania swojej opinii na temat "Drużyny"
Kot

Ps:W najbliższym czasie spodziewajcie się oddzielnej recenzji szóstej części, po którą mam zamiar sięgnąć.

Zwiadowcy



Tytuł: Zwiadowcy. Tom 1. Ruiny Gorlanu.

Autor: John Flanagan

Ilość części:  12 + Prequel

Narracja: Trzecioosobowa

Film; Nie ma. (Na razie)

Opis z okładki:
Bohaterem książki jest piętnastoletni sierota, Will, wychowanek sierocińca. Jego ojciec poniósł bohaterską śmierć w trakcie ostatniego starcia ze złym baronem Morgarathem. Syn chciałby kontynuować tradycję. Może niekoniecznie dać się zabić, ale zostać rycerzem… Honor! Chwała! Odwaga!
Problem w tym, że do Szkoły Wojowników nie przyjmują mikrego wzrostu chucherek, które regularnie zbierają cięgi od rówieśników. A Will, cóż, nie dość, że niski, jest na dodatek chudy. Za to szybko ucieka.
Już wydaje się, że młodzieńcowi przypadnie mało atrakcyjna rola pańszczyźnianego chłopa, gdy nagle na scenie pojawia się tajemniczy Halt – zwiadowca. I on jeden spośród wszystkich mistrzów różnych szkół przyjmie Willa na ucznia. Zgryźliwy, humorzasty i wymagający, da chłopakowi popalić, ale… Wszystko jest lepsze od wiejskiego mozołu?
„Ruiny Gorlanu” to fantasy, w której nie uświadczysz czarodziejów w spiczastych kapeluszach, tajemniczych mikstur i wróżek. Świat Willa jest twardy, do bólu realistyczny i nikt z jego mieszkańców nie liczy na cuda – ważne są inteligencja, spryt i wytrwałość. Seria Flanagana pełna jest ironicznego poczucia humoru, trafnych obserwacji i komentarzy, a opisywani przez autora bohaterowie są pełni życia – daleko im do pozbawionych wszelkich wad herosów.

Moja ocena:
Przez większość pierwszej części autor dokładnie opisuje kilka miesięcy nauki Willa. Dla wielu może to się okazać nudne i trudno im się dziwić. Dopiero na ostatnich stronach wszystko się rozkręca. Nie chcę spojlerować, ale wtedy też główny bohater po raz pierwszy widzi uśmiech Halta, co nie zdarza się za często.
   Z tego co słyszałam, w 2015 r wznowiono prace nad filmem, który miał powstać już kilka lat temu. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej załamuje. Cała seria jest wspaniała. W trakcie drugiej części wszystko przebiega o wiele szybciej i nie ma miejsca na nudę. Potem zawrotne tempo utrzymuje się aż do ostatniej - dwunastej - części. Do tego, we wszystkich książkach pana Flanagana jest utrzymany niepowtarzalny klimat. Bardzo, ale to bardzo nie mogę się doczekać filmu. Jednocześnie boję się, że twórcom nie uda się przedstawić tej historii tak dobrze, jak w książce.
   Bardzo gorąco polecam tę serię. Nie zrażajcie się, jeśli pierwsza część nie przypadnie wam do gustu, bo mi na początku również się nie podobała. Spróbujcie przeczytać drugą, czyli "Zwiadowcy. Płonący Most".


9/10

Tak więc tym oto postem witam was po raz drugi na tym blogu. Mam nadzieję, że nie zraziłam was do siebie swoją pierwszą recenzją i zostaniecie ze mną na dłużej. Jeżeli przeczytaliście już "Zwiadowców" to z chęcią do wiem się co wy sądzicie o tej serii.
Pozdrawiam
Kot

piątek, 20 stycznia 2017

Szklany Tron





Tytuł: Szklany Tron
Autor: Sara J. Mass
Narracja: Trzecioosobowa
Ilość stron: 512

Opis: Siedemnastoletnia Celaena jest wyszkolonym zabójcą, jednym z najlepszych, ale popełniła fatalny błąd. Została złapana i skazana na dożywotnią niewolniczą pracę w kopalni soli Endovier. Książę Dorian składa jej ofertę.
Celaena musi walczyć na śmierć i życie w turnieju o tytuł królewskiego zabójcy. Jeśli wygra – będzie wolna, jeśli przegra – jej wybawieniem będzie śmierć. Uczestnicy turnieju giną w tajemniczych okolicznościach.
Czy Celaena zdoła zdemaskować zabójcę zanim sama stanie się ofiarą?

Opinia: Szczerze mówiąc, ani okładka, ani opis tej książki nie do końca mnie zachęcały. Ba, wydawało mi się, że to będzie kolejna nudna historia typowej Mary Sue. Jednak mimo to ją przeczytałam. Trochę z nudów, a trochę z ciekawości. Zastanawiałam się, czy będzie tak zła jak myślałam i choć początki były trudne, potem nie mogłam się od niej oderwać.
Mówiąc o trudnych początkach, mam na myśli przekonanie się do głównej bohaterki. Jest ona typową "badgirl", która w dodatku jest siedemnastolatką, najlepszą zabójczynią w całym królestwie. Przede wszystkim, sam ten pomysł jest bezsensowny, ponieważ nie wierzę, że tak młoda dziewczyna jest w stanie pokonać absolutnie każdego, za pomocą jakiejkolwiek broni, nawet jeśli przeciwnik będzie miał dużą przewagę liczebną, a tak właśnie jest przedstawiana.

Jakże miło było usłyszeć czyjś głos - chłodny i wyraźny - nawet jeśli jej rozmówca był odrażającym gburem!

O ile Calaena nie przypadła mi do gustu, to jej dwaj towarzysze (zgadliście, będzie miała dwóch adoratorów), bardzo miło mnie zaskoczyli. Spodziewałam się całkiem typowego rozwiązania - jeden z nich to ciepła klucha, a drugi to bad boy. Dorian to ktoś, kto mnie z jednej strony irytował tym, że zawsze był opisywany jako piękny i po prostu idealny, a z drugiej strony, jego rozmowy z Calaeną sprawiały, że jak głupia uśmiechałam się do książki. 
Jednak o wiele bardziej od Doriana polubiłam Chaola. Na początku wydawał się być strasznie sztywny. Ciągle pilnuje głównej bohaterki i zrzędzi nad uchem: nie rób tego, nie rób tamtego. Z czasem jednak przekonałam się, że ma wspaniałe poczucie humoru. Jest też niezwykle opiekuńczy i odpowiedzialny. Mimo wszystko jednak nie jest ciepłą kluchą.

Gdzieś pod nią rozległ się zgrzytliwy dźwięk, jakby ktoś przejechał pazurem po suficie pomieszczenia znajdującego się piętro niżej. (…)
- A to słyszałeś? – spytała Chaola. Kapitan uśmiechnął się powoli, wręcz złośliwie, a potem wyciągnął sztylet i przesunął ostrzem po marmurowej podłodze, uzyskując ten sam dźwięk.

Kolejną rzeczą, która spodobała mi się w tej książce są imiona. Jak pewnie łatwo zauważyć są bardzo oryginalne (może poza Dorianem) . Podoba mi się również wątek świąt religijnych, a dokładnie to, że w ogóle istnieją. Często w książkach zupełnie pomija się religię, albo idzie na skróty i tworząc zupełnie wymyślony świat zostawia religię chrześcijańską.

- Wstawaj! – warknął Chaos do jej ucha. – I to już!
Calaena poderwała się i otworzyła oczy. (…)
- Jak długo spałam? – szepnęła, ale Westfall nie odpowiedział. – Jak długo spałam? – powtórzyła pytanie, a potem dostrzegła ledwie zauważalny rumieniec na jego policzku – Ty też drzemałeś?
- Póki nie zaczęłaś się ślinić na moim ramieniu.
- Cóż za świętobliwy młody człowiek!

Podsumowując, książka mimo początkowej niechęci bardzo mi się spodobała. Może nie jest perfekcyjna, ale szybko się ją czyta i jest wciągająca. Z chęcią przeczytam kolejne części tej serii.

6/10


Bardzo przepraszam za ewentualne błędy. Po dzisiejszym dniu ledwo kontaktuję.
Pozdrawiam
Kot



piątek, 13 stycznia 2017

To skomplikowane



Z dedykacją dla Book Prisoner :)

Tytuł: To skomplikowane. Julie.
Autor: Jessica Park
Narracja: Trzecioosobowa
Ilość stron: 312

Opis: 
Matt jest wysoki, ciemne blond włosy opadają mu na oczy. Nosi koszulkę z napisem: „Nietzsche to mój ziom”. Julie bardzo go lubi. Jest jeszcze Finn. Nigdy go nie spotkała… Ale to za nim szaleje. Skomplikowane? Dziwne? Nie da się ukryć! W domu Watkinsów zdecydowanie coś nie gra. Rodzice są mili, ale jakby nieobecni. Matt jest piekielnie zdolnym studentem matematyki, ale nawet kabelek USB nawiązuje kontakty łatwiej niż on. Celeste wyraźnie odstaje od rówieśników i ma pewien baaardzo dziwny zwyczaj… Jest jeszcze najstarszy brat, Finn: zabawny, mądry, wrażliwy, otwarty… Tylko że kompletnie nieosiągalny. Można z nim pogadać tylko na czacie. Julie, która właśnie zaczęła studia, zamieszkuje właśnie z nimi. Nie przypuszcza, że stanie się kimś ważnym dla rodziny Watkinsów. I że to będzie aż tak skomplikowane.

Moja opinia: 
Dość długo się zbierałam do tej książki. Właściwie dlatego, że nie miałam za bardzo czasu na cokolwiek (co chyba można było zauważyć po częstotliwości moich postów). Jednak kiedy w końcu się za nią zabrałam, nie mogłam się oderwać. Jest to bardzo ciekawa i oryginalna historia, której zakończenie jest tak świetne, że nawet ja, która w jej połowie je rozgryzła, mocno to odczuwałam. 
Jeśli chodzi o bohaterów, to uważam, że nie da ich się nie lubić, choć na samym początku nie za bardzo byłam przekonana co do głównej bohaterki. Myślę, że to ze względu na to, że jak większość głównych bohaterek książek młodzieżowych, ma w sobie coś z Mary Sue. Przykładem może być to, jak opisywała swoich znajomych. Czuć było, że ma się za lepszą od nich, bo wyjechała do Bostonu i jest na dobrych studiach.
Moim osobistym ulubieńcem jest jednak Matt, który owszem, jest geekiem, ale ma też poczucie humoru i dystans do siebie. Pomaga Julie, kiedy tylko ta go potrzebuje i opiekuje się swoją młodszą siostrą, co czasami nie jest łatwe.

- Matthiew, mój przyjacielu, potrzebne ci nowe ubrania.
- Dziękuję.
Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Masz geekowatą koszulkę na każdy dzień tygodnia?
- Nawet więcej. Nie martw się o to.
- Jaka ulga. 


Celeste z kolei to bardzo… specyficzna nastolatka. Różni się od swoich rówieśniczek właściwie wszystkim co robi, nawet stylem mówienia.
Ich najstarszy brat Finn nie jest tak zupełnie nieosiągalny. Właściwie Julie rozmawia z nim prawie codziennie i czuje, jakby go bardzo dobrze znała. Jest pogodny, żartobliwy i bystry, co doskonale widać w ich chatach.

Tutaj przechodzimy do kolejnego plusa tej książki, czyli bardzo często występującego Facebooka. Ja osobiście nie ma na nim konta i nie przepadam za tym portalem, ale do tej historii on po prostu pasuje. Poza chatami, pokazane są też statusy bohaterów, które pojawiają się zazwyczaj na początku rozdziału i choć nie mają nic wspólnego z wydarzeniami, które aktualnie się rozgrywają, ciekawie je dopełniają.

Finn Jest Bogiem: Co masz na sobie?
 Finn Jest Bogiem: Julie? Spokojnie. Żartuję.
 Julie Seagle: [usuń] [usuń] [usuń] Miałam ci właśnie opisać swoje kuszące wieczorowe wdzianko.
 Finn Jest BogiemAha. NIE ŻARTUJĘ! NIE ŻARTUJĘ!

Właściwie robiąc listę rzeczy, które mam opisać w tej recenzji (tak, zawsze robię listę przed napisaniem czegokolwiek. Uwielbiam je robić.) nie miałam pomysłu, co mogłabym opisać w tej książce jako wadę. Chyba jedyną rzeczą, jaka mi tu nie pasuje jest okładka. Myślę, że możanaby było zrobić taką, która bardziej by oddawała ducha książki. 
Naprawdę uważam, że jest świetna i warta polecenia. Chyba od dawno żadna historia aż tak mnie nie wkręciła.

8/10


A wy czytaliście już tę książkę? Co o niej sądzicie? Piszcie w komentarzach!
Pozdrawiam
Kot

piątek, 25 listopada 2016

Wyzwanie WRITE AND READ

Hej, hej kociaki!
Dawno mnie tu nie było. Tak wiem, miałam się poprawić, ale no cóż, wyszło jak zwykle.
W każdym razie dziś przychodzę do was z wyzwaniem z bloga Czytanie Naszym Życiem. Więcej informacji znajdziecie tutaj.
A teraz zapraszam was do przeczytania i skomentowania mojego opowiadania
Kot




Kochany Leo!
Piszę do Ciebie, bo oto zbliża się chyba najgorszy dzień od sześciu miesięcy – Wszystkich Świętych. Nie wiem jak mam go przeżyć.
Kiedy teraz o tym myślę, to zastanaiwma się jakim cudem kiedyś mogłam lubić to święto. Co jest fajengo w opłakiwaniu zmarłych? Chyba naprawdę miałam nierówno pod sufitem. Kiedy jak co dzień przechodze obok cmentarza, widzę znicze, wieńce i czuję, że żałądek wywija mi się na drugą stronę.
W sumie podobnie reaguję na tę kawiarnię, do której zawsze chodziliśmy. Nie wiem, czy jeszcze ją pamiętasz... W każdym razie mam wtedy ochotę „przypadkiem” spaść z najbliższego mostu. Przy życiu trzyma minie chyba tylko moja sąsiadka. Czy pomyślałbyś kiedyś, że zostaniemy przyjaciółkami? Ja też nie.
Okazało się, że pod skorupą wrednej zołzy – postracha ze szkoły – kryje się całkiem miła kobieta. W jakiś niesamowity sposób potrafi sprawić, że nie myślę o moich problemach, a konkretnie o takim jednym, z którym borykam się od sześciu miesięcy.
W każdym razie teraz co tydzień chodzę do mojej sąsiadki na kawę i ciastko. Właściwie jest chyba jedyną osobą, z którą teraz się kontkaktuję. Moja mama nadal nie może znieść tego, że wyprowadziałam się tak daleko od domu, a tata... sam przecież wiesz, że zawsze stawał murem za nią.
Wiesz, kiedy tak przechodzę obok cmentarza, zawsze zastanawiam się, czy nie wejść i nie kupić jakiegoś znicza może kwiatów na samotny grób stojący w rogu pod parkanem. Mało osób tam chodzi, bo często można tam spotkać małoletnich ćpunów. Ze dwa razy proponowali mi przejażdżkę motorem, ale się przestraszyli, jak dostali gazem pieprzowym po oczach i jakoś stracili ochotę na rozmowy ze mną. Tak czy inaczej, nigdy nie znalazłam znicza, który byłby idealny. Musiałby być orygianalny, tak jak osoba, na grobie której miałby stanąć... Tak jak TY.
Brakuje mi Ciebie! Żałuję, że nie możesz mi odpisać.
Twoja …
PS. Mam nadzieję, że nikt nie czyta tych listów, bo prawdopodobnie uznaliby mnie za wariatkę... Choć chyba i tak już nią jestem...
Całuję – Twoja Wariatka.
***
Patrzę na ten list i czuję, że coś we mnie pęka. Jakaś tama, którą cały czas próbuję budować – bez skutku. Pierwsza łza spada na kartkę. Trafia idealnie w mój podpis. Nie przejmuję się tym – w końcu On doskonale wie, kim jestem. Nie sądzę, żeby ktoś inny wpadł na tak głupi pomysł jak pisanie listu do nieboszczyka.
Druga łza też spada na list, a ja orientuję się, że nie powinnam teraz płakać. Nie powinnam w ogóle płakać. Sięgam do biurka po chusteczkę i delikatnie, tak by nie zmyć korektora zakrywającego wory pod oczami, wycieram łzy.
Ostatni raz czytam list. Moja wewnętrzna polonistka irytuje się, że jest tak króki i chaotyczny. Ignoruję ją i składam kartkę w kostkę. Następnie wkładam ją do kieszeni jeansów i wstaje z krzesła.
W przedpokoju zakładam lekko znoszone trampki i skórzaną kurtkę. Biorę małą torebkę oraz kluczę i wychodzę z domu.
Kiedy jestem już na dworze, widzę czyste niebo i słońce rażące mnie w oczy. Czemu musi świecić tak jasno w tak ponury dzień? Wzdycham tylko i skręcam w lewo.
Moje mieszkanie było o wiele tańsze niż się spodziewałam. Dlatego kupiłam je od razu, nie zastanawiając się za długo. W końcu mogłam mieszkać blisko Leo. Poza tym nic się nie liczyło. Niestety, jak tylko weszłam do domu, zrozumiałam czemu tak mało kosztował. Dosłownie kilka ulic dalej był kościół, z którego codziennie dochodziło głośne bicie dzwonów. W dodatku tuż obok niego mieścił się też cmetarz. A tak się składa, że jest to też widok z mojego okna.
O ile kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, teraz nawet to polubiłam. Dzięki temu w każdej chwili mogłam się tam udać.
Idę więc teraz na ten cmentarz wraz w innymi … samotnymi i niestamotnymi. Obserwuję, jak dzieci skączą, biegają nieświadome powagi dzisiejszego dnia. Po kilku minutach jestm już przy ceglanym murze otaczającym cmentarz. Muszę przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów pomiędzy straganami pełnymi ozdób i świec. Miałam zamiar minąć je jak najszybciej nim poczucie winy, że grób na który idę stoi pusty, da o sobie znać. Moją uwagę przyciąga jednak jeden ze zniczy. Jest inny niż wszystkie. Niebieski – w ulubionym kolorze Leo, o prostym, kwadratowym kształcie. Podchodzę do straganu, na którym stoi i ostrożnie mu się przyglądam. W jego szkle zatopione są kwiaty. Ten pomysł mnie fascynuje.
- Ile kosztuje? – pytam kobietę stojącą przede mną, nawet na nią nie patrząc.
- 10 zł – odpowiada.
Znajduję w torbece portfel i nerwowo go przeszukuję.
Cholera.
Nie wystarczy.
- Czy mogłaby pani go dla mnie odłożyć? - pytam z nadzieją. - zaraz wrócę z pieniędzmi.
- Niczego nie odkładam – odpowiada szorstko kobieta. - Myślisz, że tylko tobie się podoba? Bierz teraz albo w ogóle.
Stałam przez chwile zszokowana jej brakiem zwykłej uprzejmości.
- A ma pani jakiś mniejszy?
- Tak – mówi zirytowana kobieta. - Przy twojej stopie.
Spoglądam w dół i faktycznie widzę stojące obok znicze w mniejszym rozmiarze. Czuję ulgę, że przynajmniej na nie mnie stać.
***
Kiedy stoję już w kącie cmenatrza, jestem tak zdegustowana jak tylko to możliwe. Tuż przy marmurowym grobie stoją cztery puszki po piwie. Zbieram je i z obrzydzeniem wyrzucam do najbliższego śmietnika.
Zapalam mój znicz i stawiam go na grobie. Następnie patrzę na napis na nim wyryty. Chce mi się histerycznie śmiać, kiedy widzę wygrawerowane imię – Leonard. Kiedyś zawsze go irytowało, kiedy ktoś się tak do niego zwracał. Często to wykorzystywałam, by się z nim podrażnić, a on zaczynał mnie łaskotać.
- Co powiedziałaś? - pytał po chwili.
- Le... Le... Leonard – próbowałam wydusić, zwijając się ze śmiechu.
Znowu zaczynał mnie łaskotać i tak w kółko, dopóki się nie poprawiłam. Całował mnie wtedy z czułością i wymuszał bym obiecała, że więcej tak się do niego nie zwrócę. Obydwoje wiedzieliśmy, że tak czy siak nadal będę to robić.
Pomimo, że minęło już ponad pół roku, nadal mnie coś ściska, kiedy wspominam nasze wspólne chwile.
Nagle przypominam sobie o liście. Wyjmuję go z kieszeni i rozglądam się czy nikt nie patrzy. Kiedy czuję się bezpiecznie, podchodzę do do tyłu grobu. Znajduje się tam dziwna wnęka, w której leży kamień wielkości dłoni. Pod nim znajduję pięć listów. Po chwili dołącza do nich kolejny.
Znowu stoję przed grobem i wpatrując się w jego zdjęcie modlę się, by było mu tam dobrze. Zasługuje na to.
Zaczyna się robić ciemno, kiedy wyrywam się z zamyślenia. Spoglądam na grób ostatni raz i wracam do domu. Sama.

***

Nie wiem co mnie tknęło, by pójść tam znowu. Dziś jest drugi listopada. Zaduszki.
Powinnam być na przystanku i czekać na autobus, a znowu stoję przed grobem. Jestem świadoma, że zaraz spóżnię się do pracy, ale ignoruję to.
Wiem, że coś jest nie tak. Niby wszystko wygląda tak jak wczoraj, a jednak... coś się zmieniło. Ostrożnie idę do wnęki za grobem. Jeżeli ktoś przeczytał moje listy...
Zniknęły. Moje listy zniknęły. Zaczynam się bać. Z sześciu został jeden. Drżącą ręką go podnoszę. Czytam jego zawartość i czuję, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Na małej kwadratowej kartce znajduję dwa słowa, ale to wystarczy bym zaczęła płakać ze szczęścia. Dwa słowa napisane tak dobrze znanym mi charakterem pisma.


Kocham Cię.
Szablon